Adam Fularz - ekonomista

Rewolucjonizujmy układ komunikacji miejskiej w polskich miastach

Dlaczego w Zielonej Górze relatywnie bardzo mało pasażerów porusza się komunikacją miejską, a ich liczba wciąż spada? Z jakiego powodu autobusy miejskie w tym mieście kursują tak nieregularnie, i w dodatku tak rzadko? Czy aby naprawdę nie było na nią chętnych?

Jak to się dzieje, że np. w sąsiednim 65- tysięcznym, dwukrotnie od Zielonej Góry mniejszym Frankfurcie nad Odrą pasażer ma co 10 minut do dyspozycji połączenie w niemal wszystkich kierunkach na terenie miasta? System taki oparto na 5 węzłach przesiadkowych i sześciu głównych liniach kursujących równo co 10 lub co 20 minut. 

W dwukrotnie większej Zielonej Górze z 10-minutową częstotliwością kursuje tylko jedna linia autobusowa- popularna „ósemka”. Reszta linii nie kursuje już ze stałymi częstotliwościami i ich relacja jest znana tylko wąskiemu gronu ich stałych klientów. Transport miejski w Zielonej Górze poza tą jedyną powszechnie znaną linią o poprawnej ofercie przewozowej już przestał mieć zbiorowy charakter- stał się co najwyżej środkiem transportu dla captive riders- zmarginalizowanej, spauperyzowanej warstwy mieszkańców miasta, którzy muszą korzystać z jego usług ponieważ nie mają innej alternatywy. A liczba korzystających z przewozów miejskich maleje: średnia dzienna liczba podróżnych spadła z 78 tys. w 2000 roku do 60 tys. w roku 2003.

Ale przecież wcale tak źle być nie musi. W wielu polskich i europejskich miastach skutecznie udało się zreformować miejski transport zbiorowy. Wzorem takiej udanej reformy jest uniwersyteckie miasto Oxford w Wlk. Brytanii, wielkością bardzo zbliżone do Zielonej Góry. Tam komunikacja miejska jest obsługiwana przez dwa konkurujące ze sobą prywatne przedsiębiorstwa autobusowe (Stagecoach i Oxford Bus Company). Konkurencja na rynku jest tak silna, iż niektóre relacje są obsługiwane na przemian autobusami dwóch różnych przewoźników, którzy zatrzymują się nawet pomiędzy przystankami zabierając pasażerów z chodników, byle tylko ci nie trafili do autobusu konkurenta.

Ta struktura organizacyjna połączona ze świadomą polityką władz miasta ograniczającą wjazd do centrum miasta samochodów osobowych spowodowała iż udział przewozów autobusowych w ogólnej liczbie podróży na terenie miasta wzrósł z 27 % w 1991 roku, czyli okresu sprzed nowej polityki transportowej, do niemalże połowy ogółu podróży w 2000 roku. W roku 2000 licząc wg liczby podróży samochody osobowe wybrało 39 % podróżujących, autobusową komunikację zbiorową użytkowało 44 % podróżnych, a rowerem odbyto aż 11 % ogółu podróży.

Niestety, w Zielonej Górze polityki transportowej władz miasta dostrzec nie można, a na rynku działa tylko jeden, w dodatku komunalny, przewoźnik autobusowy. Lokalni politycy nie wspominają ani słowem o konieczności wpuszczenia na rynek autobusowy konkurencji oraz prywatyzacji tej wciąż mającej monopolistyczną pozycję firmy. Mimo iż według najnowszych trendów w organizacji miejskiego transportu zbiorowego, znosi się monopole i wprowadza na rynek kilku konkurujących ze sobą przewoźników, to w Zielonej Górze nie poczyniono absolutnie żadnych kroków w tym kierunku.

Skuteczna, trwale obalająca pozycję dominującą na rynku demonopolizacja segmentu przewozów miejskich jest trudna do przeprowadzenia, ale możliwa. Najczęściej dzieli się komunalnego przewoźnika miejskiego na kilka spółek przewozowych oraz dopuszcza konkurentów z zewnątrz- tak postąpiono m.in. w Białymstoku i Gdyni. Efektem był spadek kosztów realizowania przewozów i silny wzrost jakości świadczonych usług. Ekonomista Robert Tomanek udowodnił w swojej analizie rynku polskiego transportu miejskiego, iż wraz ze wzrostem demonopolizacji rynku spadają ceny świadczenia usług (por. Tabela 1). Rozwiązanie jest więc proste: znieść monopol, wprowadzić konkurencję przewoźników na liniach miejskich. Przewoźników na poszczególne linie wybiera się najczęściej w drodze przetargów, tworząc także sytuacje rynkowe w których niektóre relacje obsługują na przemian kursujące autobusy różnych przewoźników.

Tabela 1: Konkurencja a wysokość stawek za jeden wozokilometr

Zarząd

Wskaźnik koncentracji:

Udział największego operatora w realizacji zleceń zarządu transportu miejskiego (liczony jako odsetek autobusów w ruchu)

Cena płacona przez ZTM przewoźnikom za wykonanie 1 wozokm

1 998

1999

1998

1999

KZK GOP

24,38%

23,91%

2,64 zł

2,94 zł

ZOKM Białystok

39,59%

39,60%

2,39 zł

2,63 zł

ZKM Szczecin

-

41,50%

-

-

ZKM Gdynia

45,19%

43,13%

-

-

ZKM Elbląg

43,84%

43,48%

2,65 zł

3,02 zł

MZK Jastrzębie

65,00%

65,94%

2,55 zł

2,95 zł

ZKG Olkusz

-

69,70%

-

-

Największa konkurencja (średnie stawki)

2,56 zł

2,89 zł

ZKKM Chrzanów

-

70,94%

-

-

ZTM Radom

79,31%

79,64%

2,98 zł

3,33 zł

ZDiK Wrocław

-

82,17%

-

-

MZK Tychy

91,95%

85,11%

2,00 zł

3,07 zł

ZDMiKM Bydgoszcz

88,44%

87,62%

3,42 zł

3,81 zł

ZUM Ostrowiec

93,33%

93,22%

2,54 zł

2,79 zł

ZTM Warszawa

96,71%

95,96%

3,37 zł

3,98 zł

Najmniejsza konkurencja (średnie stawki)

2,86 zł

3,40 zł

Średnio wszystkie jednostki

66,78%

65,85%

2,73 zł

3,17 zł

 

Źródło: R. Tomanek: ‘Organizacja miejskiego transportu zbiorowego w Polsce na tle liberalizacji rynków transportowych w Europie’ , Transport Miejski Nr 2/2003. Dane na podstawie Komunikacja Miejska w Liczbach. Dane za 1998r. IGKM, Warszawa 1999, Komunikacja Miejska w Liczbach. Dane za 1999r. IGKM, Warszawa 2000.

  

Aby w Zielonej Górze swoje autobusy na linie miejskie wprowadzić mogli inni przewoźnicy niż obecny monopolista, a więc np. prężne firmy lokalne takie jak PKS czy Dami, konieczne jest wydzielenie z Urzędu Miejskiego struktury zarządzającej komunikacją miejską zwanej zwykle Zarządem Transportu Miejskiego, która w drodze przetargu będzie wykupywać usługi przewozowe u przewoźników i do której należeć będzie sieć dystrybucji biletów i wpływy z ich sprzedaży w automatach biletowych. Takie rozwiązanie funkcjonuje już w wielu aglomeracjach Europy i kraju.

Co więcej, trzeba kompletnie zmienić anachroniczny system organizacji linii, tak by komunikacja miejska przyciągnęła nowych, potencjalnych pasażerów atrakcyjną ofertą. Konieczna jest fachowo przeprowadzona rewolucja w przebiegu i częstotliwości kursowania linii autobusowych, których sieć tworzy dziś labirynt nieodgadniony dla wielu mieszkańców.

Podobnie jak to ma miejsce w Europie Zachodniej, nieefektywny system typu fully-connected, polegający na utopijnej próbie połączenia autobusami wszystkich dzielnic z wszystkimi innymi i skutkujący nieatrakcyjnym, rzadkim rozkładem i nieczytelną siecią komunikacyjną powinien zostać zastąpiony siecią kilku często kursujących głównych linii oraz centrów przesiadkowych umożliwiających dogodną wymianę pasażerów pomiędzy głównymi relacjami (zwany jest on hub-and-spoke i szeroko występuje m.in. w lotnictwie). 

W tym celu w mieście powinno powstać kilka nowych węzłów przesiadkowych oraz przynajmniej małe odcinki buspasów- wydzielonych fragmentów jezdni przeznaczonych tylko dla komunikacji zbiorowej, co znakomicie przyspiesza prędkość podróży i poprawia atrakcyjność tego środka transportu. Komunikacja miejska powinna także wjechać na wąskie uliczki Starego Miasta (jak ma to miejsce np. we francuskim Metz) zamiast omijać centrum szerokim łukiem. W przeciwnym wypadku zielonogórskiej starówce i jej sklepom grozi ostateczny odpływ klientów i całkowita utrata rynku na rzecz łatwiej dostępnych podmiejskich centrów handlowych.

Tak czy inaczej, zielonogórską komunikację miejską powinno się gruntownie zrewolucjonizować. Brak dostatecznej oferty sprawia że miasto jest nieatrakcyjne dla młodych ludzi i przyczynia się do jego dalszej zapaści społeczno-gospodarczej. Przyczyną tego jest niestety świadoma polityka władz, które niedbale porzuciły zielonogórski transport zbiorowy na pastwę monopolu i nie widzą sensu poprawy fatalnej sytuacji komunikacyjnej w tym mieście. W niektórych miastach władze podeszły do sprawy transportu zbiorowego zupełnie inaczej, czego wzorem mogą być głębokie, odważne i udane reformy komunikacji miejskiej w Gdyni pod koniec XX wieku, za prezydentury Franciszki Cegielskiej.

 

Adam Fularz

Kolej miejska dla Warszawy, ale nie taka

Przed 9-ciu laty podczas cyklu seminariów nagłośnionych przez prasę codzienną zaproponowałem stworzenie w Warszawie systemu szybkiej kolei miejskiej, rozwiązania komunikacyjnego typu S-bahn. Moja innowacja (takowe systemy istniały na terenie obecnej Polski już przed wojną, później je zaprzepaszczono) polegała na tym że takową propozycję połączyłem z ideą przekształceń organizacyjnych opartych o ideę konkurencji przewoźników na torach.

Zaproponowałem powołanie niezależnego przewoźnika obsługującego takie połączenia. Po 5 latach prób i błędów taki system funkcjonuje w marginalnym zakresie- jest to jedna linia kursująca z częstotliwością uznawaną za graniczną dla systemów SKM, bo w cyklu 30-minutowym. Tymczasem w Berlinie na podobnej sieci taka kolej kursuje co 2-3 minuty w szczycie na głównych odcinkach sieci, działając jak metro.  Po 9 latach w Warszawie zrealizowano jakąś 1/20 ambitnego planu kilkunastu linii jakie ongiś zaproponowałem.

Fot. SKM Warszawa w 2010 roku na propozycji sprzed ok. 5 lat. opr. A. Fularz na podkładzie- mapce K. Rytla. 

Piszę, ponieważ zaalarmowany jestem ostatnią taktyką oznaczenia oferty przewozowej Kolei Mazowieckich oznaczeniami stosowanymi dla systemu SKM. Dlaczego protestuję? Oznaczenie S to skrót od Szybkiej Kolei Miejskiej, a więc kategorii oferty przewozowej charakteryzującej się wysoką częstotliwością kursowania (za dolną wartość uważa się cykl 30-minutowy) i jej utrzymaniem w określonych godzinach. Koleje Mazowieckie jako przewoźnik używają oznaczenia 'S' dla kursów nie spełniających takich warunków cykliczności i ciągłości oferty. Nie chciałbym by przez tą firmę i jej działalność idea kolei miejskich uległa w Polsce rozwodnieniu, inflacji, poprzez rozciągnięcie jej na systemy nie spełniające takich warunków. A taka sytuacja panuje na linii S9 do Legionowa. Pociągi kursują co około godzinę. To nie jest kolej miejska.

Proponowałbym użycie innych oznaczeń (np. R- dla pociągów regionalnych), i stosowanie nazewnictwa R1, R2 etc. dla oznaczenia oferty Kolei Mazowieckich w aglomeracji Warszawy. Jednocześnie proponuję wydzielenie z Kolei Mazowieckich odrębnej spółki zajmującej się obsługą połączeń aglomeracyjnych na terenie miasta a następnie jej prywatyzację poprzez sprzedaż inwestorowi prywatnemu odpowiednich składników majątku. Jestem wielkim orędownikiem własności prywatnej na sieci kolejowej, zaś tutaj, na tak obiecującym rynku, powinna się pojawić prywatna inicjatywa. Sądzę że prywatni inwestorzy są jedyną siłą mogącą przynieść renesans polskiej kolei pasażerskiej.

Ilustracje: wikimedia

Komentarz do likwidacji sieci tramwajowych w Polsce

Wydawać by się mogło, że w Europie już minęła epoka lat 70-tych, gdy na potęgę likwidowano systemy tramwajowe, zastępując je drogami dla samochodów i parkingami. Dziś, 30 lat później, motoryzację indywidualną traktuje się jako zło konieczne, możliwe do uniknięcia. Ogranicza się wjazd do centrów miast, wprowadza myto za używanie dróg miejskich, dla dojeżdżających spoza miasta buduje się parkingi buforowe na peryferiach i zmusza ich metodą redukcji miejsc parkingowych do poruszania się po mieście transportem zbiorowym. Wszystko to w celu uczynienia miast cichymi i spokojnymi, wolnymi od nadmiernego ruchu tranzytowego.

Gliwice są inne. Możliwe że również ze względu na polityczne wpływy tutejszego koncernu samochodowego. Miasto, zupełnie przeciwnie niż kraje Europy Zachodniej opętane ideologią Nowego Urbanizmu, buduje Drogową Trasę Średnicową wprowadzającą gigantyczny strumień pojazdów w historyczne centrum miasta, w okolice ul. Zwycięstwa. Tam gdzie ongiś podwoziła do centrum miasta swoich pasażerów wąskotorowa kolej dojazdowa. Kolej przez lata nie modernizowana, stała się w efekcie przestarzała, nieekonomiczna, rzadko kursująca, powolna. Kolej podmiejską wreszcie zlikwidowano w latach 90-tych. Także tam gdzie do 1936 roku istniał Kanał Kłodnicki- szlak żeglugowy umożliwiający ekologiczny transport towarów ze Śląska. Dokładnie tam powstanie rozcinająca historyczne centrum śródmiejska autostrada.

Ów pomysł wydaje się tak egzotyczny, że jego komentowanie wydaje się dla ekonomisty transportu stratą czasu. Koszty zewnętrzne, hałas, spaliny, rozcięcie ścisłego centrum. Argumentów przeciw są setki. Takie drogi się dziś po prostu likwiduje w krajach transportowego Zachodu. Tymczasem gliwickie władze miasta działają w sprawdzonym już antydemokratycznym stylu. Słychać o niedopuszczaniu krytyków do słowa, odmowie im prawa do zabrania głosu, niedopuszczeniu do pokazania ich prezentacji na debacie.

Likwidacja systemu tramwajowego w Gliwicach i torów kolei miejskiej Zielonej Górze to tylko kolejny wykwit braku wiedzy decydentów. W Europie liczba miast z systemami tramwajowymi nieustannie rośnie od dekady. Przykładów może dostarczyć prosamochodowa Francja, walcząca z rozlewającą się urbanizacją miast samochodowych. Tramwaje przezywają renesans od dwóch dekad. Wróciły do: Nantes- 1985, Grenoble- 1987, Paryża- 1992, Strasbourgu i Rouen- 1994, Montpellier, Orléans i Lyon- 2000, Bordeaux -2003, Mulhouse (Miluza) i Valenciennes -2006, Le Mans i Nice (Nicea) - 2007. Kolejne miasta je budują.

Tutaj zaś mamy tendencje sprzed lat 30 czy 40-tu. Władze nie mają pieniędzy na remont infrastruktury? Nowoczesny system tramwajowy uważają za zbyteczny luksus skoro zdezelowana komunikacja miejska straciła już wszystkich pasażerów ze średniej klasy i wozi tylko biednych? Ich wybór.

Podobny wybór podjęły władze Zielonej Góry. Tam również całkowicie ocenzurowano głosy krytyki. Ale niech te władze nie niszczą nieodwracalnie systemu transportowego którego później nie sposób będzie odbudować zważywszy na ubóstwo polskich miast. Jeśli nie ma pieniędzy na komunikację tramwajową dziś, to niech tramwaj kursuje tylko w godzinach szczytu, tudzież niech zostaną choć torowiska. Byle nie niszczyć nieodwracalnie infrastruktury. Która mimo swego złego stanu wciąż jest warta setki milionów złotych.

Być może w przyszłości przyjdą lepsze władze które zdecydują się postawić na ekologiczny transport zbiorowy i wdrożyć politykę typową dla miast Europy Zachodniej. Jak na razie, mamy do czynienia z ludźmi którzy żyją w innej epoce, tej która swoje chwile glorii przeżywała przed 30 czy 40 laty. Śląsk jako region jest właśnie zatrzymany w takiej epoce, także z powodu odmienności kultury i stymulujących go prądów intelektualnych.

Ilustracje: cc wikimedia

II linia metra: Z powodu błędu H. Gronkiewicz-Waltz wyrzuciła 3 miliardy PLN w błoto

Popełniono błąd na 3,5 miliarda złotych. Złamano naukowe procedury jakimi ludzie światli i wykształceni operują podejmując decyzje. W efekcie II linię metra w Warszawie buduje się w stylu niewykształconych z peryferii cywilizacji. Władze Warszawy budują linię metra równolegle do istniejącej, obecnie niemal nieużywanej, linii przedwojennego systemu Szybkiej Kolei Miejskiej, odsuniętej o 500 do 700 metrów na południe. Istotnie tak mały jest ten dystans- dokonałem pomiarów i jest to tak niewiele.

Uważam za bezczelne tak bezcelowe marnowanie środków z dotacji unijnych w kraju o zamożności Rumunii (ależ proszę zajrzeć do statystyk, z kim sąsiadujemy w biedaogonie UE). Rozmawiałem na ten temat z panią prezydent m.st. Warszawy. Powiedziała ona mniej więcej że wszystko wie bez porównania lepiej, a ekonomistę transportu to ma u siebie w domu.

A ja się pytam, gdzie się w Polsce uczy ekonomiki transportu, bo ja nie wiem? Taki fach tu istnieje, bo ja nie sądzę? Podobno H. Gronkiewicz-Waltz parała się Pani jakimś nauczaniem, więc stan faktyczny polskiej nauki- rozreklamowane przez tabloidy szyldy za którymi nie kryje się nic lub bardzo niewiele, powinien być jej znany. A może i nie jest znany? A może wg niej wszystko jest w porządku?

Pani Hanna twierdziła że procesu decyzyjnego dokonano poprawnie. Ja twierdzę że oszukano opinię publiczną na 3,5 miliarda PLN. Dowód? Częścią analizy inwestycji transportowej (transport investment appraisal), dokumentu analitycznego który wg litery prawa europejskiego władze winny przygotować przy tak wielkiej inwestycji, jest analiza możliwości alternatywnych. Cały proponowany etap I budowy drugiej linii metra w pełni pokrywa się z siecią kolejową. Stacje albo nakładają się, albo do mogących powstać na linii kolejowej przystanków jest kilkaset metrów.

Jak informuje mnie w kilkudziesięciostronicowym liście p. Kazimierz Hantz, były główny projektant drugiej linii metra w Warszawie (w latach 70-tych), władze świadomie narażają życie i zdrowie obywateli. Bezpieczeństwo pasażerów (przeciwpożarowe i awaryjne) w istniejących tunelach kolejowych równoległych do planowanej linii metra jest bowiem skandaliczne. Brak jest tam elementarnych dróg ucieczki np. z palącego się składu, brak jest bowiem galerii ewakuacyjnej umożliwiającej wydostanie się pasażerów uwięzionych w pociągach. Istniejące linie w wykopach przykryto tam po prostu ścianami oporowymi i nakryto płytami żelbetowymi. Pan Hantz zwraca uwagę że wg podstawowych zasad eksploatacji najpierw należy w dobrym stanie utrzymać już istniejącą infrastrukturę, a dopiero potem brać się za budowę nowej.

Nie można twierdzić że sieci kolejowej wykorzystać nie można. Na berlińskiej linii średnicowej kolej SKM kursuje co120 lub 180 sekund w szczycie (uaktualnienie). Do podobnego natężenia ruchu w przypadku Warszawy jeszcze hoo ho.... bardzo daleko. Co więcej, tory miejskie powinny zwolnić się po wyrzuceniu ruchu pociągów regionalnych na tory dalekobieżne, jak to ma miejsce w RFN. W kilku miejscach należałoby może pobudować skrzyżowania dwupoziomowe z innymi liniami kolejowymi by usprawnić system, ale są to koszty znikome wobec kosztów systemu metra. To samo można zrobić po 10-kroć, po 5-ciokroć taniej, wykorzystując to co już mamy. Wystarczy że miasto Warszawa przejmie od PKP Polskie Linie Kolejowe zarząd nad tymi liniami i przekaże go np. firmie Metro Warszawskie.

Nie mogę wskazać podobnych kazusów w Europie. Podawano mi podczas dyskusji w portalu Infobus przykłady z Monachium, Berlina. Zbadałem układ komunikacyjny tych miast, na nic podobnego nie natrafiając. Podobne marnotrawstwo, by budować linie kolei miejskiej równolegle o kilkaset metrów po prostu nie występuje, choć podobna sytuację znalazłem na mapie Buenos Aires (ale owa sytuacja pochodzi sprzed około wieku).

Tak więc – ponowię pytanie o dokumenty takie jak: Feasibility Study, Cost Benefit Analysis. Dlaczego nie zostały one przesłane (jak przy każdym projekcie infrastrukturalnym o wartości powyżej 50 mln euro) do zatwierdzenia przez Unię Europejską? Płacący za ową bzdurę euro-urzędnicy nic podobnego nie otrzymali. Twierdzą, że jakości polskiej super-bzdury nawet nie mogą ocenić. A nader byłem ciekaw tej oceny.

Adam Fularz

Link do mapy z odległościami w Google Maps

Grafika w ilustracji tekstu: opr. na podkładzie z wikimediów : http://upload.wikimedia.org/

ilustracja: M.Plasmeier, Wikimedia

Monopole i etatyści

Warszawska komunikacja miejska jest świetnym przykładem tego jak etatyzm prowadzi do katastrofy ekonomicznej i ekologicznej.

Państwowe monopole komunikacyjne w takim systemie nie mają bodźców rynkowych by dbać o jakość oferowanych usług. Wracając raz z targów ubrałem się zdecydowanie za schludnie jak na podróż autobusem prawnie chronionego monopolu (MZA miał do niedawna zagwarantowane w umowach 85 % rynku przewozów w Warszawie).

Siedzenia tego nowoczesnego niskopodłogowego autobusu były całkowicie już wytarte, obicia były tak brudne że siadało się na smołowatej czarnej plamie, na szczęście już nie lepiącej się. Te autobusy winny zostać wycofane przez jakiś nadzór higieny. Tak drastyczne sceny nie są rzadkością- nie podróżuję wiele, a niedługo potem trafiłem na ten sam obrazek w autobusie monopolisty.

Jaki jest argument etatystów? Że wystarczy dać państwowym monopolom więcej subwencji, tak by miały środki na poprawę jakości. Ale przecież to tylko życzeniowe myślenie etatystycznych polityków. Skąd niby owe czarne od brudu, od lat niewymienialne obicia w nowoczesnych przecież pojazdach, i to w sytuacji gdy prawnie chroniony monopolista dostaje nawet o 25 % wyższe stawki za kilometr od innych przewoźników?

Skutkiem polityki etatystów jest pozbycie się z pojazdów komunikacji miejskiej wszystkich tych wrażliwych na niewygody, na brzydki zapach, na brudny fotel, na obdrapane wnętrze. Tymczasem komunikacja miejska w wielu miastach Europy jest żywym przykładem tego że nawet stary tabor może być schludny. I że transportem zbiorowym mogą bez poczucia odrazy jeździć kadry zarządzające, bo poziom estetyki jest tak wysoki.

W Warszawie prym w chamskiej, wsiowej estetyce wiedzie monopol Tramwai Warszawskich. Plastikowe, obdrapane siedzenia. Rdza, odłażąca farba, brud, do tego niebywały ścisk.

To także dlatego ci co bardziej wytworni przerzucili się na samochody osobowe. Mimo coraz większych korków (dziś po 21-szej pokonanie odcinka kino Femina- Dworzec Wileński samochodem zajęło ponad godzinę) nic ich nie wpędzi w ramiona monopolistów.


Adam Fularz

ilustracje cc wikimedia